czwartek, 26 kwietnia 2018

#20 Okrutna rzeczywistość, czyli "Wolność Jaskółki" Paula Er

#20 Okrutna rzeczywistość, czyli "Wolność Jaskółki" Paula Er
Witajcie kochani

Miesiąc powoli się kończy, zbliżają się nieubłaganie matury oraz powoli witamy najdłuższą majówkę, jaką mają możliwość przeżyć uczniowie w szkołach średnich  i podstawówkach (podobno).

W końcu będę mieć czas, aby nadrobić i przeczytać może z kilka nowości. Niecałe dwa tygodnie wolnego nie mogą się przecież zmarnować.

Dzięki wydawnictwu Novea Res miałam możliwość przeczytania "Wolność jaskółki" autorstwa Pauli Er, która jest również autorką bloga o nazwie - Wkurzona żona. Powieś obyczajowo-psychologiczna, która już po opisie z tyłu zapowiada dosyć ciężką i trudną dla większości tematykę.



Powieść ta opowiada o Oldze — młodej kobiecie, nad którą już przed małżeństwem sprawował kontrolę jej obecny mąż Marek. Wszyscy uważają go za chodzący ideał — dobrze zarabia, ma duży dom, świetną pracę oraz jest miły, dla ludzi, którzy go otaczają. Jednak gdy wraca do domu, staje się dla własnej żony katem.

Historia opowiadająca o losach kobiety, która stała się ofiarą przemocy domowej. Przedstawia, z jakimi konsekwencjami emocjonalnymi oraz psychicznymi musi zmagać się osoba tragedii. Jaki wysiłek, trzeba włożyć, aby świadek wypadku, którym było małe dziecko, aby mogło zapomnieć o tamtym zdarzeniu. Przedstawia etapy powrotu do normalnego życia, które takie łatwe dla ofiary nie jest.


Książka dobitnie pokazuje, jaki los może spotkać osobę, która nie przyzna się, do zaistniałych z domu sytuacji, które mogą skończyć się w przyszłości katastrofą. Bohaterka jednak nie miała tak naprawdę do kogo się w tej sprawie się zwrócić. Jednak gdy już o nich zaczynała mówić, to rodzice zazwyczaj tłumaczyli swojego zięcia i jego zachowanie: że ma trudną i stresującą pracę lub spekulowali, że sama go może czymś nie zdenerwowała.


Rzecz jasna nie mówiła, o sytuacjach takich jak gwałt czy pobicie, lecz jedynie próbowała wspomnieć o możliwych zaistniałych sytuacjach: że jest poddenerwowany lub podniesienie tonu. Olga już z góry wiedziała, że rozmowa z rodzicami i tak nic nie da.


No i miała w zupełności rację. Gdy zostają ujawnione grzechy zięcia, który po pewnym czasie zostaje wypuszczony na wolność, pytają się córki, czy nie spróbowałaby się z nim pogodzić. Ten moment mnie naprawdę zdenerwował i oburzył. Bo czemu to ich córka, która trafiła do szpitala i okrutnie potraktowana przez swojego męża, miałaby pierwsza wychodzić z taką inicjatywą, która z góry już wskazuje na kolejne lata poniżania, gnębienia, szydzenia i zastraszania ich córki? Wrócić do osoby, od której chciała się już wcześniej uwolnić, lecz nie mogła, bo z tego powodu musiałaby zostawić córkę na pastwę jego losu? Która musiała zrezygnować z miłości, ponieważ zastraszał ją, że zrobi jej miłość coś strasznego?


Nie zdziwiłam się, gdy postanowiła się od nich wyprowadzić do osoby, która zaproponowała jej pomoc.


Narracja trzecioosobowa, która z początku może nas zmylić i sugerować, że opowieść może nie zawierać całego bólu i odzwierciedlić prawdziwość odczuć pokrzywdzonej oraz osoby, które dowiadują się o całej sytuacji.


Pomimo że miałam dosyć długą przerwę od tego typu literatury, to naprawdę się cieszę, że sięgnęłam po tę pozycję, ponieważ pokazała mi, co może się dziać w głowie osoby, która od lat jest ofiarą przemocy domowej, że po pewnym czasie, zaczyna sobie wmawiać, że najwidoczniej na to zasłużyła, że nawet wewnętrzny głos rozsądku może stanąć przeciwko nam, i wmawiać o niskiej wartości człowieka.


Choć wielu z was może się teraz zastanawia, ile to ta powieść może posiadać stron, to was zaskoczę. Jedyne 236 stron. I ani jednego niepotrzebnego zdania. Sama na początku zastanawiałam się jakim cudem autorce udało się przedstawić, to wszystko zapełniając jedynie ponad dwieście stron powieści.
Jak na powieść o takiej tematyce, moja ocenia to 9/10 i mimo że nie osiągnęła 10 gwiazdek, to jak najbardziej ma szanse do znalezienia się w czołówce najlepszych powieści, jakie przeczytałam w tym roku.



Zachęcam was gorąco do przeczytania tej powieści, ponieważ jest warta uwagi i naszego czasu, a ilość stron nie powinna was zastraszyć, jak u Jodi Picoult, która tworzy książki o objętości 600 stron, jak nie większej.



Z mojej strony na dzisiaj to wszystko. Do zobaczenia kochani. 

~~Selene~~

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

#19 Zagłęb się w tajemniczym świecie Askiru, czyli recenzja 1 tomu serii Tajemnic Askiru - Pierwszy róg Richarda Achwartz'a (Przedpremierowo)

#19 Zagłęb się w tajemniczym świecie Askiru, czyli recenzja 1 tomu serii Tajemnic Askiru - Pierwszy róg Richarda Achwartz'a (Przedpremierowo)

Hejka moje kochane gwiazdeczki!

Jak tam mija wam poniedziałek? U kogo pada deszcz, a u kogo jest tak samo jak u mnie - czyli straszy, ale nic nie pada?

Cóż w porównaniu do mroźniej pogody, która zawitała w powieści, u nas to tak naprawdę pestka. Nie chciałabym przeżyć na własnej skórze, takiej śnieżniej zamieci i aby mnie zasypało na dobre kilka dni.

No dobra, ale do rzeczy.

Podobny obraz

Już na samym wstępie, poznajemy naszego narratora oraz jednego z dwójki z głównych bohaterów występujących w opowieści. Sir Havald - mężczyzna, który doświadczył z życia wojny, śmierci współbratymców oraz upływu lat, nie podejrzewał, że dożyje podeszłego wieku. Jednak cały jego dotychczasowy spokój, zakłóca przybycie do zajazdu Maestry Leandry - posiadaczki potężnego miecza, czarodziejki, a w dodatku pół elfki. Nikt nie ma pojęcia, co niebawem czeka wszystkich zgromadzonych, gdy zasypie gospodę śnieg. W czasie ich pobytu poznają tajemnice legendarnego królestwa Askiru oraz samego zajazdu Pod Głowomłotem. Doświadczą okrutnych zdarzeń, przeleją krew... oraz zostaną zmuszeni przebywać w swoim towarzystwie, a nikt nie zawsze jest tym, za kogo się podaje.

Powiem wam szczerze, że nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po tej powieści.
Nigdy nie oczekuję od danej pozycji czegoś niebywałego, jeszcze przed rozpoczęciem czytania książki. Wiele razy już się sparzyłam sugerując się jedynie wyglądem okładki, dlatego wolę traktować wszystkie książki na równi.

Dzięki temu mogę znaleźć prawdziwe czarne perły, wśród zwyczajnych, białych, małych perełek.

Ta historia po prostu jest fenomenalna. Bohaterowie są niesamowicie dobrze przedstawieni i nieszablonowi. Cała ta tajemnicza aura otoczona wśród legendarnego królestwa Askiru, zachwycający język, wykreowany nietuzinkowy świat... to wszystko jest po prostu genialne i zachwycające. Sprawia, że nie można się od niej oderwać, wręcz pochłania czytelnika do tego magicznego świata, po którym trudno się otrząsnąć i nie zechcieć tam zostać na dłużej, niż tylko na te 489 stron.

Ponadto, gdy przeczytała z tyłu książki, że jest to debiut pisarza, to po prostu opadła mi szczęka. Nigdy nie podejrzewałam, że można napisać coś tak niebywałego i niesamowitego. Nie mogę się wręcz doczekać, co czeka na mnie w kolejnych tomach i modlę się w duchu, aby kolejna część pojawiła się już niebawem, a nie za rok...

Mam szczerą nadzieję, że nie za rok. Ja tutaj naprawdę potrzebuję poznać dalsze losu Havalda i Leandry! Po prostu muszę! Inne książki mogą sobie poczekać, ale nie ta seria. W dodatku skończyć w takim momencie!?
Nie wiem, czy mam autora uwielbiać, czy nienawidzić. Na razie jestem rozdarta. Może po miesiącu, zmienią się moje odczucia.

Ale to najpierw musimy przeżyć.

Mam nadzieję, że was nie zanudziłam moimi wywodami i że sięgniecie po tę książkę.

A i zapomniałabym wspomnieć o najważniejszym! Opowieść nie posiada wątków miłosnych, co nie zdarza się zbyt często w powieściach, nawet w fantasy. No może występują tam dwa króciutkie momenty, o których i tak szybko się zapomina z powodu akcji oraz tajemnic, które czekają na ich rozwiązanie.

Ja już się żegnam. Do zobaczenia.

~~Selene~~

P.S. Moja ocena jedyne i niepodważalne 10/10 :) (Jeśli kolejne tomy okażą się leprze, to zabrakło mi już cyferek do punktacji ;,) Biedna ja.)


czwartek, 5 kwietnia 2018

#18 "Królowe są zabójcze jedyne dla siebie nawzajem", czyli "Mroczny Tron" Kendare Blake

#18 "Królowe są zabójcze jedyne dla siebie nawzajem", czyli "Mroczny Tron" Kendare Blake
Uwaga
Recenzja może zawierać spoilery, gdyż jest to drugi tom serii Trzech Mrocznych Koron. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Witajcie moje gwiazdeczki!

Kwiecień już zawitał, Prima Aprilis już za nami, a ja tradycyjnie przychodzę do was z nową recenzją.


Mroczny Tron - drugi tom trylogii opowiadającej o siostrach trojaczkach, walczących o zdobycie władzy, jednak aby to zrobić, tylko jedna może pozostać przy życiu, a pozostałe muszą zostać zabite, aby wyspa mogła dalej funkcjonować tak jak obecnie. 

Mirabella - władczyni żywiołów.

Arsinoe - uznawana za panią natury, tak naprawdę jest drugą królową trucicieli oraz praktykująca niską magię.

Katharine - królowa trucicieli, której dar się nie objawił, lecz z powodu zażywania licznych rodzajów trucizn, uodporniła się na nie znacząco, jednak nie na tyle, aby nie chorować każdej nocy, po spożyciu zbyt dużej ilości zatrutego jedzenia i picia. Wrzucona do Królestwa Brekcji, wróciła całkowicie odmieniona oraz nazywana przez wielu umarłą królową.

Królowe mają rok na zabicie dwóch rywalek, aby wstąpić na tron i zostać królową ukoronowaną. Która z nich zostanie królową? Jakie tajemnice wyjdą na jaw? Która królowa zginie pierwsza? Czy którakolwiek z królowych będzie martwa?

Tom przepełniony chęcią zdobycia władzy, bólu, tajemnic oraz śmierci.

Jeśli spodziewacie się po nim tego samego, co działo się w pierwszym tomie, czyli luźnego wprowadzenia, to byliście w błędzie. Czytając książkę, nie mogłam doczekać się rozwiązania tajemnic oraz poznania co stanie się na końcu. Gdy przeczytałam ostatnie słowa książki, nadal nie mogę uwierzyć, że coś takiego wydarzyło się na końcu. Nigdy nie podejrzewałabym, że K. Blake mogłaby zrobić coś takiego na samym końcu. Jeszcze osobie, przy której jesteśmy pewni do końca, że musi przeżyć.

Postacie w tym tomie stały się dojrzalsze, co widać już podczas czytania pierwszych rozdziałów. 

Arsinoe pragnie nawet poświęcić życie, aby Mirabella nie skrzywdziła ludzi z Wilczego Źródła. 

Mirabella pragnie dla dobra królestwa i całej wyspy, zakończyć rok wstąpienia jak najszybciej i stać się królową ukoronowaną, jednak po wydarzeniach z uroczystości Przyspieszenia, nie jest już tego taka pewna. Podejmuje sama decyzje, nie konsultując się czasem nawet z samą kapłanką Luce. 

Katharine za po swoim pobycie w „oku bogini”, zmienia się nie do poznania. Staje się bardziej okrutna i przebiegła, żądna władzy oraz bezlitosna, kieruje się myślą, że każda z jej sióstr powinna mieć możliwość na własny rodzaj śmierci. Nie jest tą samą bezbronną dziewczynką, którą była kiedyś. Jest lekkomyślna i nie zważa na konsekwencje. Uważa, że korona należy do niej i udowodni to każdemu, kto w to nie wierzy. 

Książkę pokochałam jeszcze bardziej niż pierwszy tom, jednak cała seria okazała się niesamowita. Tajemnice, spiski, historia wyspy, obyczaje, uroczystości - to wszystko znajdziemy w drugim tomie i tak jak podejrzewałam, w każdym tomie dowiemy się części obyczajów oraz tradycji panujących na wyspie. Sam klimat opowieści jest naprawdę niebywały, a pojawiające się sytuacje, których nie mieliśmy pojęcia, że mogą się pojawić lub że to wszystko tak się potoczy okrutne i nieobliczalne.

Historia dogłębnie pochłania, nie pozwala o sobie zapomnieć i zaskakuje na każdym kroku. Z powodu zakończenia masz ochotę sięgnąć po kolejny tom, który... pojawi się dopiero we wrześniu... za granicą.

Także to będzie dla mnie wielkie wyzwanie, aby nie wpaść w obłęd niczym jedna z królowych wyroczni, gdy będę czekać na kontynuację. Naprawdę bardzo zżyłam się z tym światem, a wszystkie trojaczki darzę wielką sympatią oraz współczucie. Osoby, które wcześniej nie znosiłam, w tym tomie bardzo polubiłam, gdyż zostały tutaj przedstawione ich zalety oraz wady, a także wytłumaczenie ich wcześniejszych postępowań.

Warto przebrnąć przez pierwszy tom, choć dla mnie był on naprawdę dobry, choć drugi, był po prostu świetny i nie mogę się wręcz doczekać zakończenia serii oraz dodatków. Miejmy nadzieję, że wydawnictwo Moondrive wyda oba tomy w dzień premiery trzeciego tomu Trzech Mrocznych Koron, albo przynajmniej na święta w tym roku.

Moja ocena tego tomu to 9,5/10 <---został on zakończony w takim momencie, a jedna z sióstr spotkał taki, a nie inny los, a bardzo ją polubiłam w pierwszym tomie, dlatego nie otrzymuje 10 punktów.

Do kolejnego razu kochani ;*

Śnijcie kolorowo i niech bogini Fennbirnu będzie dla was łaskawa.


~~Selene~~

czwartek, 29 marca 2018

Porady Dla Początkujących Pisarzy, czyli jak nie zostać mną z przeszłość

Porady Dla Początkujących Pisarzy, czyli jak nie zostać mną z przeszłość

Uwaga!

Porady w żadnym stopniu nie mają na celu krytykowaniu sposobu waszej kreatywnej pracy. To jest jedynie zbiór porad, które mogą komuś się kiedyś przydać lub ułatwić w dotychczasowym pisaniu i tworzeniu historii.


Hejka moje wspaniałe gwiazdeczki!

Dzisiaj przedstawię wam kilka rad, porad lub przestróg (jak zwał, tak zwał) dotyczące pisania oraz samego rozpoczęcia pisania. Nie jestem jednak profesjonalistką, ale odkąd zaczęłam sama pisać w wieku dwunastu lat, widzę, że moje metody z biegiem czasu się zmieniły. Dlatego też nie przedłużajmy i zaczynajmy!

1) Po prostu zacznij. Po prostu pisz.

O tym chyba mówi się na każdym portalu społecznościowym. Sama przeżyłam na własnej skórze skutki lenistwa. Mówiłam sobie, że napiszę później albo że mi się nie chce lub jeszcze inaczej — nikt tego przecież nie czyta, więc po co mam pisać. No właśnie i tutaj pojawia się ten karygodny błąd każdej osoby, która chce zacząć coś pisać. Dlatego też nie zmuszaj siebie do pisania dla gwiazdek, głosów. Rób to dla siebie. Stwórz tę historię, jako dowód, że możesz coś zdziałać, że potrafisz zakończyć to, co zacząłeś. Pisz codziennie, nieważne ile słowo, zdanie, stronę, rozdział... Ważne, abyś zaczął, abyś szedł do przodu. Kroczek po kroczku. Nikt za ciebie tego nie napisze, a marzenie i pasja mogą umrzeć z powodu twojego lenistwa. Ja tak miałam, ale obecnie piszę codziennie przez miesiąc, także ja również jestem świeża, jeśli chodzi o ten temat. I możecie teraz mówić, że poucza ta która, dopiero zaczęła to stosować. Tak przyznaję się, nie pisałam niczego przez prawie dwa miesiące, jednak gdy w końcu odepchnęłam od siebie lenistwo, nie było dnia, abym nie napisała choć jednego zdania, które zbliżyłoby mnie do zakończenia obecnie tworzonej przeze mnie historii. Nie musicie, więc pisać nie wiadomo ile godzin. Nie zmuszaj się. A jeśli nic nie napiszesz nowego, przeczytaj swój tekst i go popraw tam, gdzie uważasz, że potrzebuje poprawki. Dzięki temu nie tylko coś zmienisz, ale i dowiesz się, co już napisałeś, a to może również pokierować cię i zachęcić do dalszego pisania. Nie czekajcie na właściwy moment, aby zacząć pisać, bo może on nigdy nie nadejść. Właściwy moment pojawi się wtedy, gdy weźmiesz długopis, ołówek i kartkę lub laptop albo maszynę do pisania i zaczniesz pisać. Początki nigdy nie są łatwe ani idealne. Jednak jeśli weźmiesz sprawy w swoje ręce, możesz stworzyć coś magicznego i w swój własny sposób oryginalnego.

2) Kartki i długopis lub maszyna do pisania — najlepszymi przyjaciółmi każdego pisarza.

Podczas pisania opowieści, która z twoich założeń będzie posiadać więcej części, nie licz na to, że wszystko zapamiętasz (No, chyba że to potrafisz, to jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem. Niestety jestem z typu tych zapominalskich, którzy czasem nawet nie wiedzą, co robili wczoraj). Spisuj pomysły do notesu, gdzie nic ci nie ucieknie i nie wyparuje nagle z głowy. Jeśli nie masz dostępu do komputera, laptopa lub innego cuda techniki, a masz pomysł na rozdział, zapisz go na kartce. Uwierz mi, będzie on bardziej bezpieczny, niż w programie komputerowym, a przy przepisywaniu go zawsze możesz coś dodać, a ponadto nie zapomnisz o niczym, co chciałbyś umieścić w swojej historii. Jak często bywa podczas pisania w Wordzie, cały nasz wysiłek może pójść na marne, ponieważ już wiele razy słyszałam i czytałam o zacinającym się programie i utracie nawet 20 stron tekstu. Dlatego warto zaopatrzyć się w zwykły zeszyt lub kartki papieru i długopis. A jeśli już jesteście przyzwyczajeni do klawiatury, to czemu by nie zaopatrzyć się w maszynę do pisania. Każdy sposób jest dobry, a podczas pisania na maszynie, wyćwiczysz dodatkowo szybkość pisania tekstu, co ułatwi ci przepisywanie.

3) Rób notatki i plany wydarzeń.

Kolejny ważny punkt, który uratuje twój zapał do dalszej pracy — a mianowicie twórz notatki i opisuj wydarzenia, które mają się stać w twojej historii. Wcześniej nie robiłam tego, gdyż sądziłam, że to niepotrzebne i wszystko będę przecież wiedziała, jednak chyba każdy ma taki moment, kiedy nie wie lub nie jest pewny, co powinien napisać dalej. Dla początkującej osoby może to uratować życie, zapał do pisania i natchnienie, jednak podejrzewam, że każdy pisarz tworzy przynajmniej zarys tego, co chce napisać. Plan wydarzeń również pomorze ci obmyślić strategię, gdzie co dać w którym momencie rozdziału lub całej historii. Dużym ułatwieniem dla każdej osoby będzie również stworzenie drzewa genealogicznego, jeśli w opowiadaniu pojawia się wiele bohaterów spokrewnionych ze sobą, jednak podczas pisania w końcu zapominasz, czy była to ciotka, siostra, kuzynka, czy jakaś jeszcze inna daleka krewna. Także nie ma co się denerwować. Najlepsze co możesz zrobić do wszystko notować.

4) Jeśli tracisz natchnienie i inspirację, szukaj je ponownie w tym, w czym je po raz pierwszy znalazłeś.

Tak trochę dziwny punkt, jednak zazwyczaj tak w 90% mówimy, że nie piszemy, bo nie mamy pomysłów lub brak nam natchnienia. Możliwe, że to nie u każdego może się sprawdzić, jednak podczas, gdy już zaczynam tak myśleć, ja szukam jej ponownie w filmach, obrazach lub innych opowiadaniach, legendach, mitach, teledyskach, piosenkach czy nawet w bajkach z dzieciństwa. Nasze natchnienie i determinacja nie muszą znikać za każdym razem, gdy nasze natchnienie znika. Kiedyś ktoś mi napisał, że ktoś napisał jakąś książkę, nie inspirując się niczym, że to był jej oryginalny pomysł i z niczego nie był on zaczerpnięty. Jednak nie ma czegoś takiego jak brak inspiracji. Opowieści o czarownicach, wróżkach, elfach, czarodziejkach, wampirach, wilkołakach, duchach, medium... to wszystko powstało na bazie zainspirowania się legendami, podaniami ludowymi, mitami czy strasznymi opowieściami. Dlatego proszę, nie wierzcie w coś takiego, że pisarz się czym nie inspiruje, tylko wymyślił te postacie, choć wielu pisarzy już dawno o tych postaciach napisało wiele książek. Czy to o chłopcu czarodzieju, czy o kobiecie co widzi nagle duchy, a nawet opowieść o osobie, która jest duchem. To już wszystko powstało, jednak każdy ma inny pomysł na własną opowieść. Jednak każdy pisarz miał swoją inspirację, muzę lub jeszcze coś innego, co pchało go do działania, co było jego inspiracją, aby stworzyć opowiadanie.

Na ten moment to tyle. Dajcie znać, jeśli chcielibyście coś takiego jeszcze raz w przyszłości lub znaleźliście swój złoty środek, którym chcielibyście się pochwalić i pomóc innej osobie, która ma problem w tworzeniu własnej fabuły lub jak ja to nazywam — wzięciu się w ryzy i zabraniu się za pisanie.

Napiszcie również, jak wam idzie z waszymi opowieściami, czy w niedalekiej przyszłości znajdzie się w księgarniach?

Sama podczas tego miesiąca napisałam z ponad 32 strony A4, co uważam za dobry wynik, zważywszy na to, że to całkiem nowa opowieść, która pochłonęła mnie do reszty i piszę ją dopiero od 27 lutego tego roku. Niestety z tego powodu nie mam czasu nic wstawiać na wattpadzie. Mam nadzieję, że to się zmieni, gdy zacznę powoli przepisywać te 16 rozdziałów do programu.

Dobra moje kochane gwiazdeczki, ja się już żegnam na razie.

Jutro mam dla was przyszykowaną recenzję pierwszej mangi, którą udało mi się niedawno przeczytać, a którą naprawdę uwielbiam. Do zobaczenia kochani i dziękuję za 350 polubień na fp oraz 210 obserwacji na instagramie.

~~Selene~~




środa, 21 marca 2018

#17 Zagrajmy w grę. Oto, co cię czeka, gdy przegrasz..., "Srebrny Łabędź" Amo Jones

#17 Zagrajmy w grę. Oto, co cię czeka, gdy przegrasz..., "Srebrny Łabędź" Amo Jones
Witajcie moje kochane gwiazdeczki

Jak tam u was pierwszy dzień wiosny? Mieliście się lepiej niż ja, czyli zawitała u was wiosna, bo u mnie zima ciągle nie chce sobie zrobić wolnego. Jak zwykle. Gdy się rozgości to już do Wielkanocy.


No, ale czas przejść do rzeczy. 


Dzięki współpracy z wydawnictwem kobiecym miałam możliwość przeczytania dosyć specyficznej książki, a mianowicie „Srebrnego łabędzia” Amo Jones. 

Niestety recenzja ta miała pojawić się wcześniej, jednak nie wiedziałam do końca, jak powinnam ją przedstawić. To niestety jedna z tych pozycji, o której ciężko mi mówić. Choć nie była to wybitna literatura, to jednak nie była ona zarazem zła. Oczywiście tematyka nie każdemu może się spodobać, z powodu brutalnych opisów i występujących tam w dużej ilości przekleństw, jednak jak dla mnie jest to dobra lektura na odstresowanie się po ciężkim dniu. Czasem nawet takie książki mogą dobrze wpłynąć na samopoczucie czytelnika, ponieważ w takim właśnie czasie pojawiła się ta powieść w moim życiu. Jednak koniec gadania o mnie, a czas przybliżenia wam co nieco o tym, co się dzieje w powieści.



Po odkryciu matki Madison Montgomery o romansie swojego męża, morduje jego kochankę oraz sama popełnia samobójstwo. Pomimo przeprowadzki i przeniesieniu się Madison do innej szkoły, wszyscy wiedzą o tragedii, jaka miała miejsce w ich rodzinie. Do tego wszyscy dobrze wiedzą, z jakiej broni została popełniona zbrodnia, a mianowicie z broni Madi. Wszyscy podejrzewają, że może być taka sama jak matka - nieobliczalna. Dziewczyna zaprzyjaźnia się z dziewczyną o imieniu Tatum, która zdradza jej sekret o istniejącym tajemniczym elitarnym klubie - Elite Kings Club. Dziewczyna jest zafascynowana i ciekawa, czym jest tajemny klub, do którego należy dziewiątka chłopaków, których wszyscy się boją. Na dodatek dziewczyna znajduje w bibliotece dziwną książkę, która nie posiada tytułu i jest zapisywana w formie dziennika. Madison nie ma pojęcia, że trafi sam środek mrocznej gry, która zmieni na zawsze jej życie.

Książka przepełniona mrokiem, pełna sekretów oraz władzy i pożądania. Książka, od której trudno się oderwać, a język autorki sprawia, że lekturę można spokojnie przeczytać w jeden dzień. Pomimo że nie znajdziemy tutaj, nie wiadomo jakich odkrywczych informacji i nie zmieni to waszego światopoglądu na życie, to jest to dobra książka na odstresowanie się, zapomnienie o problemach i nie trzeba zbytnio się wysilać, aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. 


Wytłumaczenie tytułu powieści zostało tak ciekawie i naprawdę zaskakująco zaprezentowane, że nie wpadłabym na pomysł, że może on oznaczać coś takiego. Do tego znaczenie tytułu poznajemy na samym końcu w ostatnim rozdziale powieści, co moim zdaniem jest naprawdę świetnym pomysłem. Niestety z powodu niektórych brutalnych scen nie jest to książka dla każdego. 

No i nie jest to również pozycja, nad którą powinno się rozwodzić i niesamowicie jak odradzać. Oczywiście pojawia się tam wątek toksycznego związku, jednak moim zdaniem analizowanie jej jest niepotrzebne, ponieważ jak dla mnie i jak się okazuje nie tylko, jest to kolejna powieść, która należy do guilty read. Sądzę, że osoby, którym odpowiada taki typ literatury oraz chcące się odstresować, mogą spokojnie sięgnąć po tę pozycję.

Dlatego też nie będę się rozwodzić zbytnio nad nią, ponieważ co dziwne podobno jest brutalniejsza od „Papierowej księżniczki”, która podzieliła czytelników na tych, którzy lubią tę powieść oraz na tych, którzy z chęcią by ją spalili. Ciekawa jestem, dlaczego ona nie poszła na pierwszy odstrzał. Sama również to sprawdzę i wam napiszę, co uważam o wspomnianej pozycji.


Moja ocena to 6/10 i tak dla jasności moje oceny są równoznaczne, z tymi z lubimy czytać, co oznacza, że uważam ją za dobrą książkę, ponieważ bardzo zaciekawił mnie koniec oraz wielkim plusem u mnie zyskały te tajemnice i dziennik, oraz znaczenie Srebrnego łabędzia. Jestem naprawdę ciekawa, co się wydarzy w kolejnym tomie.



Na dzisiaj to tyle. Do kolejnego razu.

~~Selene~~

środa, 14 marca 2018

#16 Japoński chłopak, czyli "Niczyja" Anny Sznajder

#16 Japoński chłopak, czyli "Niczyja" Anny Sznajder

Witajcie kochani


Dzięki Wydawnictwu Novae Res miałam przyjemność przeczytać oraz zrecenzować dla was najnowszą powieść autorstwa Anny Sznajder pod tytułem "Niczyja". Na ogół nigdy nie czytałam zbyt wiele powieści napisanych przez naszych polskich pisarzy. Czasem zdarza się jednak, że coś nas ciągnie do danej książki. Czasem za sprawą pięknej oprawy graficznej, innym razem z powodu tajemniczego opisu, zamieszczonego na tyłu książki. W moim przypadku, oba aspekty były przyczyną mojego zainteresowania tą pozycją i nawet wiedza, że napisała to polska autorka, nie spowodowało u mnie, że się zawahałam. Chciałam poznać treść ukrywającą się w 369 stronach opowieści. Zaś to co otrzymałam, bardzo mnie zaskoczyło.

Znalezione obrazy dla zapytania niczyja anna crevan sznajder

To co się stało, to nie była niczyja wina. Stało się i tyle. Teraz, będąc na rozdrożu, nadal nie wiedziałam, co dalej. Niczyja wina, że nie umiałam wybrać! Niczyja, że nie wiedziałam, którego bardziej kocham, bo kochałam obu! I choć ponoć to niemożliwe, moje serce było złamane na dwie części, a każda z nich należała do innego. Jeden urzekł mnie swoją delikatnością, czułością i urokiem. Drugi był niczym torpeda. Niczym otchłań, wciągnął mnie granat jego spojrzenia i utonęłam. Namiętność czy delikatność? Dwie skrajności niczym przeciwne bieguny magnesu. Kochałam i byłam kochana. Byłam ich, a jednocześnie byłam NICZYJA!

Opis tajemniczy, który nic nam nie zdradza. Nie mamy pojęcia, co przyszykowała dla nas A. Sznajder, jednakże już pierwsze słowa zaczynają pochłaniać i powoli otulać oraz nie wypuszczać nas, aż nie przeczytamy ostatniego słowa. Zaś w środku otrzymujemy nie tylko dobrą powieść z wątkiem erotycznym, otoczony cudowną otoczką Japońskiej kultury, ale także bohaterów, których na początku nie za bardzo potrafiłam polubić, jednak z każdą przeczytaną stroną, potrafiłam zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej postąpili. Niestety nie mogę wam zbyt wiele zdradzić jeśli chodzi o fabułę (w sumie to się trochę martwię, że za dużo wam zdradzę, jeśli o nią chodzi), jednak myślę, że jeśli opowiem wam dosłownie co dzieje się w pierwszych trzydziestu stronach powieści, to chyba mnie nie zabijecie.


Już na samym wstępie poznajemy młodą pisarkę oraz mangakę Ann Crevan, która przylatuje do Tokio w ramach promocji wydawnictwa, który ma brać udział podczas wielkiego corocznego Conventu. Wydawnictwo to umożliwiło jej spełnić jedno z marzeń, gdyż wydaje jej twórczość, a teraz spełniło również jej drugie marzenie - czyli możliwość zobaczyć na własne oczy Japonię. Nasza główna bohaterka jest zakochana w Japonii i na początku nie umie uwierzyć, że wreszcie udało jej się spełnić również i to marzenie. Wszystko się zmienia, gdy z powodu wielkiego tłoku, jaki panuje na hali w jakiej odbywa się wielkie przedsięwzięcie, przez przypadek potyka się. Osoba, która pomaga jej się podnieść z ziemi, okazuje się idealną kopią postaci jej ulubionej mangi oraz tworzonych przez nią fanficów, czyli samego Kenjiego Ryusaki — występującego w mandze oraz anime zatytułowanej "Kuroko no Basket". Od tamtej chwili bardzo często się spotykają, na początku przez przypadek, lecz potem łączy ich silna więź.


Jednakże jak można się spodziewać, to, co później serwuje nam pisarka, nie tylko zaskakuje czytelnika, ale i łamie mu serce na drobne kawałeczki. Do tego informacja, żemusimy czekać na drugi tom, aby poznać zakończenie tej historii, może doprowadzić, do nie małego szaleństwa. (Mam tylko nadzieję, że drugi tom pojawi się szybciej niż myślę, bo moja ciekawość, już zaczyna mi wiercić dziurę w brzuchu).

Opowieść posiada w sobie ciekawą tematykę conventów, którą nie spotkałam jeszcze w żadnej książce, co rzecz jasna kupiło mnie już na samym początku. Do tego opisy zabytków, które Ann zwiedziła podczas swojej wycieczki w Japonii, były niesamowite i cudowne. Ponadto postacie wykreowane przez autorkę nie są płascy i sztuczni, a zdają się prawdziwymi osobami, którym zaczynamy szczerze kibicować.

Pomysł, żeby postacie jednego ze słynnego anime i mangi ożyły na naszych oczach, było naprawdę ekscytujące, oryginalne i niesamowite, a wytłumaczenie tego wszystkiego bardzo przemyślane. Widać, że A. Sznajder musiała poświęcić dużo czasu na tworzeniu fabuły, co wyszło jej doskonale. 

Jeśli zaś chodzi o schematy każdego romansu, to rzecz jasna i tutaj się pojawiają, jednak sama treść oraz emocje, jakie funduje nam pisarka, sprawiają, że nie będą one nam tak bardzo przeszkadzać.
Opowieść zahipnotyzowała mnie na tyle, że nie mogłam jej zbyt wiele razy odkładać na później, a gdy dobrnęłam do końca, to niestety rozłożyła mnie na łopatki. Nie spodziewałam się, że A. Sznajder nasza polska pisarka, mogła coś tak świetnego ukazać w tym typie książek. Jak widać powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce” pasuje tutaj jak ulał, jeśli mamy na myśli kategorię tej powieści.
Z ręką na sercu polecam wam tę powieść osobom, które lubią romanse, gdzie akcja na dodatek dzieje się Japonii. Do tego opisy przyrody, jaką możemy spotkać tam w kwietniu i lipcu. No coś wspaniałego.

Historia idealna na zimowe wieczory, bo mamy pewność, że niektóre wątki, jakie możemy przeczytać w powieści, rozpalą nasze zmysły, a niepewność, jaka czeka głównych bohaterów doprowadzić do szaleństwa.

Z ręką na sercu moja ocena tej powieści: 8/10.


Mam nadzieję, że doczekam się drugiego tomu i zakończy się tak, jak mam nadzieję, że się zakończy.
Zapraszam do przeczytania moich wcześniejszych postów, a ja niestety się już żegnam. Niedługo pojawi się kolejny post z recenzją, jednak teraz muszę znikać.



Pa.



~~Selene~~





niedziela, 4 marca 2018

#15 Witamy w Prythianie, czyli "Dwór Cierni i Róż" Sarah j Maas

#15 Witamy w Prythianie, czyli "Dwór Cierni i Róż" Sarah j Maas
Hejka moje kochane gwiazdeczki ;*

Znalezione obrazy dla zapytania dwór cierni i róż

Dzisiaj przyszykowałam dla was recenzję książki, o której przez długi czas było bardzo głośno, jednak niestety należę do osób, które raczej ten szum, albo przeczekują lub czytają przed tym całym szumem. Jedną z tych pozycji jest właśnie „Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas, czyli pierwszy tom trylogii o Dworach, która będzie miała jeszcze podobno z kilka dodatków, o pokaźnej ilości stron.

Historia rozpoczyna się od zapoznania czytelnika z sytuacją panującą w domu Feyre — dziewiętnastoletniej dziewczyny, która jest również narratorką całej opowieści, to z jej punku widzenia poznajemy cały świat, który wykreowała autorka, kłopoty rodzinne oraz poznajemy tajemnice magicznej krainy zwanej Prythianem, w którym żyją nieśmiertelne, tajemnicze i bardzo niebezpieczne i silne istoty. Już w pierwszym rozdziale dowiadujemy się, iż młoda dziewczyna jest zmuszona polować, aby zapewnić byt swojemu ojcu oraz dwójce starszym siostrom. Podczas polowania natyka się na istotę — wielkiego wilka, która nie miała prawa z powodu porozumienia przekraczać granicy muru, który oddziela świat nieśmiertelnych od świata śmiertelników. Zabija go, jednak jej czyn jak można podejrzewać, miał swoje konsekwencje. Zostaje odebrana rodzinie i zabrana do dworu jednego z Faerie Wysokiego Rodu, gdzie poznaje tajemnice krainy, o których śmiertelnicy nie mieli pojęcia oraz ma spędzić resztę swojego życia, z dala od rodziny.



Opowieść bardzo mi się spodobała, jednak do momentu, kiedy to dotarłam do połowy książki, bo potem co nam zaserwowała autorka, zdawało się jak dla mnie upchane na siłę i jakby chciała, aby Feyre miała się jeszcze gorzej, co sprawiło, że była zła na autorkę i było mi żal bohaterki, że tyle musiała wycierpieć. Bo jeśli mam być szczera, to wciśnięcie w 200 stron trzech miesięcy, które były najbardziej emocjonujące i bardzo męczące dla czytelnika. Książka miała ponad 500 stron, a opisany początek z bajkowymi opisami i naprawdę świetnym wyjaśnieniem funkcjonującego świata oraz obyczajów, naprawdę mnie mocno wkręcił w ten świat, jednak kolejne rozdziały zdawały być dla mnie trochę męczące z powodu natłoku okrucieństwa i brutalności. Nie chodzi jednak o to, że były one złe, możliwe, że gdybym czytała je z odstępami czasu, czyli codziennie po dwa góra trzy rozdziały lub robiła sobie małe odstępy czasowe, zapewne nie odczułabym natłoku, ale że chciałam poznać zakończenie historii odrobinę szybciej, to jednak czytałam tych rozdziałów o wiele więcej.



Pomimo że było to moje pierwsze spotkanie z Maas, mam nadzieję, że nie spotkam się z taką sytuacją w kolejnych tomach, ponieważ najwidoczniej kolejne tomy zostały tak napisane, aby zatrzymać czytelnika na dłużej, i może również, aby wyrównać te odstępy czasowe, które w pierwszej części były widoczne, pod względem ilości stron. Ponieważ te ledwie 300 stron powieści pomieściło w sobie rok akcji, a 200 za to tylko trzy miesiące, co no nie do końca mi się spodobało. Rozumiem, że autorka mogła wpaść na taki, a nie inny pomysł, jednak może poczułabym inny klimat w powieści, gdyby zostały one rozdzielone częściami. Wiecie, tak jak to jest w drugim tomie i chyba trzecim. Taki zabieg w niektórych powieściach jest naprawdę przydatny i troszeczkę podejrzewam, że o nim najzwyczajniej w świecie zapomniała lub po prostu na niego wpadła podczas tworzenia kolejnej części.



Jednak wracając do treści, to historia naprawdę mi się spodobało, ten cały podział na dwory oraz ich zwyczaje i święta są ogromnym plusem, a bohaterowie zostali wspaniale przedstawieni, ich charaktery i uczucia sprawiały, że wydawali się prawdziwymi żyjącymi postaciami nie tylko na kartach książki.



Myślę, że któregoś dnia wrócę do tej historii, jednak będę ją czytać powoli, aby dawała mi stuprocentową przyjemność z obcowaniem z nią oraz ponownym zanurzeniu się w tę świetną historię.



Dzisiaj moja ocena przedstawia się tak: 7/10.


Kolejna recenzja już niebawem, a teraz mogę zaprosić was na poprzednie posty oraz do zostania ze mną na dłużej w postaci zaobserwowania mojego bloga, jeśli oczywiście macie na to ochotę.




Do zobaczenia gwiazdeczki.


~~Selene~~

piątek, 2 marca 2018

#14 Wszyscy się zmieniamy, czyli "Serce Meduzy" Ali Benjamin (Przedpremierowo)

#14 Wszyscy się zmieniamy, czyli "Serce Meduzy" Ali Benjamin (Przedpremierowo)
Witajcie kochanie gwiazdeczki

Dzisiaj trochę porozmawiamy o dosyć specyficznej, jak na swoją tematykę oraz język książce dla trochę młodszych odbiorców. Myślę jednak, że starszemu gronowi czytelniczemu również może się spodobać. Na swój sposób jest naprawdę intrygująca i pobudza czytelnika do własnych refleksji oraz przemyśleń.

Znalezione obrazy dla zapytania serce meduzy


Główna bohaterka Zuzanna Swanson, jak na uczennicę gimnazjum, jest bardzo specyficznym dzieckiem. Nie interesują ją zbytnio takie sprawy jak marki butów, kosmetyki, czy inne tego typu zwyczajne tematy, jakimi interesują się jej rówieśniczki. Interesuje ją nauka, informacje, które dla innych mogą zdawać się obrzydliwe lub mało ciekawe, zdaje się jednak bardziej dojrzała niż dziecko w tym wieku, jakim jest uczeń w wieku dwunastu lat.


Z tego też również powodu jest nazywana dziwadłem. A po śmierci swojej najlepszej przyjaciółki, przestaje się odzywać do kogokolwiek.


Zuza doświadczyła już nie jednej tragedii w swoim krótkim życiu: najpierw rozwód rodziców, a kilka dni przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego, również śmierci przyjaciółki, od której rozpoczyna się cała opowieść.


Podczas wycieczki klasowej Zuza zaczyna się interesować meduzami, stworzeniami, które z łatwością mogą pozbawić życia. Tego dnia w jej głowie rodzi się pytanie, czy jej przyjaciółka na pewno utonęła, czy może spotkało ją coś innego?


Od tamtej pory próbuje znaleźć odpowiedź na te pytania, pragnie udowodnić innym, że los Franny był całkiem inny, niż wszyscy opowiadają.


Historię na dodatek poznajemy z dwóch różnych ram czasowych, zanim przyjaciółka Zuzanny zmarła oraz w czasie obecnym. Posiada w sobie przesłania uniwersalne takie jak miłość i nadzieja, ale również można powiedzieć, że ma przyzwyczaić młodego czytelnika z tematyką życia i śmierci. Dodatkowo została w niej dodana pasja do wszechświata oraz do przyrody, która nas otacza. Czułam się, jakbym wróciła na lekcję biologi w innym i ciekawszym wydaniu, a konstrukcja opowieści, która posiada sześć części zatytułowanych jako etapy badania, było dla mnie ciekawym zjawiskiem, gdyż nigdy nie spotkałam się jeszcze z czymś takim.


Powieść A. Benjamin jest bardzo dopracowana i przede wszystkim prawdziwa, postacie zdają się czasem stać obok nas, a czasem czujemy się jak obserwatorzy, którzy obserwują zdarzenia z przeszłości.


Książka pomimo posiadanego specyficznego języka, należy do pozycji, którą warto przeczytać. Nie spodziewałam się, że w tej opowieści znajdę tak ciekawą fabułę, która zastanawiała mnie, jak losy Zuzy dalej się potoczą i co autorka przyszykowała dla nas na koniec. Pierwszy raz w życiu nie miałam bladego pojęcia, co może czekać mnie na końcu, co jest wielkim plusem dla całej historii. Ponadto myślę, że taką opowieść młodszy czytelnik naprawdę powinien poznać, jednak nie jako lekturę szkolną, która jak wiadomo, większość nie przeczyta, a jako historię, którą przeczyta dla samego siebie.


Tak na prawdę nie rozumiem, dlaczego tak mało się o niej mówi, w sumie to wcale się o niej nie mówi. Zaledwie na dobrą sprawę jest 4-5 recenzji? Wiem, że dopiero będzie mieć ona swoją premierę, jednak tak naprawdę nigdzie nie widziałam, aby ktoś o niej gdzieś opowiadał lub mówił, iż taka książka istnieje na rynku wydawniczym, oprócz księgarni Czytam.pl. 


Mam nadzieję, że to się zmieni.

Moja ocena: 8,5/10.


Do kolejnej recenzji moje kochane gwiazdeczki ;* 

~~Selene~~

(Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu zysk i s-ka)
(Książka ma swoją premierę 05.03.18r.)

poniedziałek, 26 lutego 2018

#13 Przyznać się!, "Kto wypuścił bogów ?" autorstwa Maz Evans (Przedpremierowo)

#13 Przyznać się!, "Kto wypuścił bogów ?" autorstwa Maz Evans (Przedpremierowo)
No kto, pytam się? Kto wypuścił olimpijczyków!

A tak na serio to witajcie w kolejnej recenzji na moim blogu, moje kochane gwiazdeczki. Tym razem wrócimy trochę do lat młodzieńczych, czyli do naszych złotych lat chodzenia do podstawówki, czyli do dwunastu lat, bo właśnie tyle ma główny bohater tej właśnie historii.




Elliot Hooper pomimo młodego wieku nie ma łatwego życia. Z powodu choroby matki musi sam wykonywać wszystkie prace domowe, a do tego opiekować się matką i chodzić do szkoły, z której niestety nie jest lubiany przez jednego z nauczycieli, który na dodatek jest zastępcą dyrektora szkoły. Jednak żeby nie było tak zwyczajnie, posiada najbardziej wredną i wścibską sąsiadkę, która chce najzwyczajniej w świecie odkupić Wiejski Dom, gdzie postawiłaby luksusowe apartamenty, które sprzedałaby za krocie. Na dodatek poznaje srebrnowłosą dziewczynę, która nazywa samą siebie nieśmiertelną Panną należącą do Rady Zodiakalnej mieszkającą w Elizjum, która miała jeden cel — dostarczyć przesyłkę więźniowi o numerze czterdzieści dwa. No cóż, jak można się spodziewać, nie zakończyło się to na zwyczajnej wycieczce, lecz na poważnych tarapatach.

Historia Maz może zdawać się po opisie, iż będzie to coś bardzo podobnego i może nawet gorszego od serii „Percy'ego Jacksona i bogów olimpijskich” autorstwa Ricka Riordana, jednak jedyne co jest podobne to trzy wątki: misja, bogowie greccy i dwunastoletni chłopiec, który jest wplątany w to przez przypadek. Maz Evans stworzyła coś naprawdę niesamowitego, wypełnionego świetnym poczuciem humoru, a wykreowani przez nią bogowie greccy są po prostu cudowni!

 Tutaj nie da się nikogo nie lubić, zarachowują się jak prawdziwa rodzina, czego tak naprawdę w książkach Riordana mi naprawdę brakowało. W „Kto wypuścił bogów?” nie dało się tam nikogo nie polubić, a sprawienie, że mitologia tutaj tak jakby idzie z duchem nowoczesności, możemy wysłać do samej wyroczni delfickiej maila, co naprawdę było zabawne, a stwierdzenie, że Afrodyta może pomagać z dobroci serca... no tego na pewno nie znajdziecie w Percym. Albo postać Zeusa, który został w tej książce przedstawiony jako nie władca, przed którym trzeba się kłaniać i nie wiadomo jak go przepraszać, został przedstawiony jako mężczyzna, który woli przytulać nowych znajomych oraz żenić się co tydzień z nową śmiertelniczką.

Przy tej książce na pewno nie zaznacie nudy, a odkrywanie nowych tajemnic i zaskakującej prawdy o Królowej Elżbiecie II jest naprawdę rewelacyjna, a mnie po prostu wbiła w krzesło. A cała sprawa z hierarchią nieśmiertelnych oraz poznanie najlepszej prawniczki w świecie nieśmiertelnym... no po prostu ja to kupuję.

Ponadto historia zawiera w sobie dodatkowo aspekty dotyczące rodziny, co jest zaprezentowany na pierwszym miejscu. Zarówno rodzina Hoopera, jak i boska rodzinka ukazuje naprawdę ważne aspekty, że pomimo iż minie z dobre cztery tysiące lat nadal znajdzie się przyczynę kłótni z siostrą, jak w przypadku Ateny i Afrodyty, jak i również mogą znaleźć na chwilę nić porozumienia. W przypadku zaś Elliota to jest tutaj wyraźna miłość do matki, który nie chce zostać z nią rozdzielony i próbuje znaleźć sposób, aby spłacić kredyt, dzięki czemu uratowałby Wiejski Dom, w którym mieszkali Hooperowie od pokoleń.

Według mnie opowieść jest jak warta uwagi i pod niektórymi aspektami przewyższa Percy'ego. I nie mówi wam o tym jakaś tam zwyczajna czytelniczka, a fanka tejże serii, którą na dobrą sprawę czytałam już po kilka razy. I pomimo iż nie posiadam już tych dwunastu lat, a dziewiętnaście, to jednak czytanie o przygodach młodszego bohatera, doprowadzały mnie czasem do łez i niedowierzania, a myśl o zaznaczeniu zabawnych i ciekawych momentów, poszły się walić.

 Tak naprawdę musiałabym zaznaczyć całą książkę indeksami, a niestety to trochę dziwnie wyglądało, pomimo że to było to wydanie recenzenckie. Gdy mój starszy brat spojrzał, co ja też zrobiłam tej biednej książce... no cóż, zostawił to bez komentarza, a ja uznałam, że nie potrzebuję indeksów, aby znaleźć świetny moment, aby wrócić do tego świata. Żałuję, że musiałam opuścić już ten świat, jednak na myśl, że będę mogła niedługo poznać dalsze losy Elliota, napawa mnie wielką radością.

(Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu, to była wielka przyjemność i zrządzenie losu, iż dostałam paczkę w walentynki. To chyba był znak, iż szczerze zakocham się w tej właśnie historii).

Moja ocena: 10/10.


Pozdrawiam was kochani i niech wam Hypnos pozwoli wam spać dzisiaj spokojnie.
Buziaki

~~Selene~~

sobota, 24 lutego 2018

#12 Dwie będą zgubione, a jedna królową, czyli "Trzy mroczne korony" Kendare Blake

#12 Dwie będą zgubione, a jedna królową, czyli "Trzy mroczne korony" Kendare Blake
Witajcie kochane gwiazdeczki!

Spodziewałam się po tej książki samych najgorszych rzeczy, a jedyne co dostałam to tak naprawdę oryginalną, zagmatwaną historię, w której jedyne co kuleje to opisy i dużo bardzo krótkich rozdziałów. Jednak ja osobiście uwielbiam wszelkie zagmatwania. A tutaj akurat jak dla mnie nie było ich tak mało.

No dobra wracajmy jednak do właściwej części recenzji, a zatem witam kolejny raz moje gwiazdeczki na moim bloku, gdzie dzisiaj sobie trochę z wami porozmawiam, a raczej napiszę opinię odnośnie do pierwszego tomu o królowych trojaczkach, jednak nie będzie to jakaś, nie wiem jaka krytyka z mojej strony, bo jak dla mnie... to była całkiem dobra lektura. Oczywiście, gdyby nie było Jules, byłaby lepsze. Mogłabym pójść o zakład i postawić wszystkie swoje książki. K. Blake, dlaczego mi to zrobiłaś kobieto!? Ja chciałam czytać o Arsinoe, a nie o jej przyjaciołach i ich problemach! Na boginię Fennbirn, dlaczego to zrobiłaś? No ale do rzeczy Luna.



Już na samym początku w krótkim wierszyku/proroctwie dowiadujemy się, że trzy siostry będą musiały zmierzyć się ze sobą, aby zdobyć tron i panowanie nad wyspą. Ale żeby nie było tak kolorowo, dwie z nich muszą zginąć. O tyle na początku nie za bardzo przepadałam za Arsinoe, tak na samym końcu ją polubiłam równie mocno, jak Mirabellę i Katharine. Do końca jednak nie rozumiałam trochę aspektu, jak ich matka mogła wiedzieć dokładnie, która z nich, do którego królestwa należy. Według dedukcji królowej Arsinoe jest panią natury, Mirabella panią żywiołów, a Katharine panią trucicieli. No niestety tylko przy Mirabellii udało jej się chyba zgadnąć, bo u pozostałych sióstr moce te się nie ujawniły lub były uznawane za tak słabe, że musiały się nauczyć je w sobie rozbudzić lub samemu uodpornić się na trucizny, jak to było w przypadku Kat.




Jednak no potem dowiadujemy się ważnej rzeczy, o której nie mogę wam powiedzieć, bo są to ostatnie słowa w książce (dosłownie) i to wam zniszczy tak naprawdę zaskoczenie. Jeśli chodzi o mnie to sądziłam że coś takiego szykuje nam autorka, a moje podejrzenia co do jednej rzeczy mogą mieć duży sens, ale muszę poczekać do 15 marca, aż nie dostanę w swoje ręce drugi tom, ale co z tego, że zagranicą wychodzi już trzeci tom, także z dylogii powstała trylogia.




Ale wracajmy już do książki. Opowieść jest pisana w formie trzecioosobowej, przez co dowiadujemy się o poczynaniach nie tylko samych królowych, które będą walczyć ze sobą o tron, jak i o przeżycie, ale również myśli ich opiekunów, przyjaciół i osób, które nazywają od szóstego roku życia rodziną. Każda z dziewczyn jest na swój sposób wyjątkowa i jak dla mnie dobrze wykreowana. Począwszy od Katharine, która z marionetki, zmienia się w uroczą i wiedzącą czego chce, Mirabelli, która jako jedyna pamięta, co się działo w Czarnej Chacie oraz posiada największy jak dla mnie atut, a dla świątyni jest uważane za słabość, a mianowicie kocha swoje siostry i che jej chronić, co idzie w parze, iż nie chce ich zabić, czego oczekuje wyspa, a kończąc na Arisnoe, która osobiście działała mi na początku na nerwy, ponieważ wydawała się rozpieszczonym dzieckiem, które narzeka, iż nie potrafi obudzić swojego daru, jednak to, czego się o niej dowiadujemy, że tak naprawdę trudno ją złamać i troszczy się o swoich przyjaciół oraz tak naprawdę nigdy nie prosiła się o bycie królową.




A historię poznajemy w dzień ich szesnastych urodzin (21 grudnia), kiedy to podczas uroczystości muszą pokazać przed ludem umiejętności, które zaprezentują później na uroczystości Beltane, która będzie miała miejsce za cztery miesiące. Już wtedy wiemy o zaistniałym problemie Katharine, która jako trucicielka nie jest odporna na żadne trucizny, a Arsinoe nie potrafi sprawić, aby kwiat zakwitł. Poznajemy jedynie potęgę Mirabelli, która z łatwością potrafi panować nad błyskawicami i trzema żywiołami, jednak nie jest idealna. Największą trudność sprawia jej żywioł wody. Od tamtego dnia wiele się zmienia, z powodu zbliżającego się święta, po którym zostanie ogłoszony rok Wstąpienia, podczas którego jednak z sióstr zostanie koronowana na królową wyspy, a pozostałe pozbawione życia.


Tak jak to już wcześniej wspominałam historia, tak naprawdę mnie mile zaskoczyła. Pomimo że nie jest ona rewelacyjna i posiada wiele niedociągnięć, to jednak zżyłam się z postaciami. Może to dlatego, że znalazłam do tej opowieści idealną dla siebie piosenkę, która wyjątkowo dodawała klimat tajemniczość opowieści i nadzwyczaj w świecie mnie nie rozpraszała, pomimo tonacji i słów, jakie tam się znajdowały. A może po prostu dlatego, że po prostu każdy ma inny gust i nie zawsze to, co inni mówią, że jest dla nich beznadziejne, dla mnie okazała się naprawdę dobrą lekturą, po której będę oczekiwać więcej. Stanowczo więcej. No i może również dlatego, że po prostu uwielbiam taką, a nie inną tematykę i dawno nie czytałam o świecie, który ktoś sam wykreował oraz po niej nie mam uczucia zmuszenia czytelnika, aby znał wszystkie tajemnice wyspy i po prostu nie zamęczył czytelnika ilością, informacji jak to zrobiła ze mną Sarah J. Maas (o czy wspomnę w innym poście).




Na podsumowanie mojego zdania oceniam historię na 7/10, ponieważ nadal nie mam pojęcia jak mam ją ocenić. Dlatego posiada tak jakby dwie oceny.






Do kolejnego zobaczenia kochani. Dajcie znać co wy uważacie o książce i czy będziecie kontynuować swoją przygodę z autorką. 




Pa ;*🌙




~~Selene~~
Copyright © 2016 Czytelniczka z Księżyca , Blogger